Program / Rok 4 / Semestr 8
W kręgu kontrkultury: Tim Burton i Quentin Tarantino
Kino ponowoczesne I: dekonstrukcja kulturowych archetypów w poszukiwaniu niedocenianych wcześniej wartości.

Batman (1989)
Batman, USA, 126 min
reżyseria: Tim Burton
obsada: Michael Keaton, Jack Nicholson, Kim Basinger, Robert Wuhl
Klasyczny komiks z nowej - postmodernistycznej - perspektywy

Batman, postać wykreowana przez rysownika Boba Kane’a i scenarzystę Billa Fingera, pojawiła się na łamach „Detective Comics” w maju 1939 roku. Nazywał się Bruce Wayne, był miliarderem, który stracił rodziców w dzieciństwie i poprzysiągł zemstę wszystkim złoczyńcom, by już nikt nie musiał przeżywać takiej tragedii jak on. Spędził lata na przygotowaniu się do tego zadania, poznając zarówno różne techniki walki, jak i konstruując stosowny oręż. Zanim powrócił do Gotham City, zebrał zarówno sojuszników, jak i zastęp superzbirów.

Postać Batmana, głęboko zakorzeniona w świadomości Amerykanów (z czasem nazwa Gotham stała się jednym z synonimów Nowego Jorku), ewoluowała. W latach 50. Człowiek Nietoperz przestał być wiecznym samotnikiem, na przełomie następnej dekady jego przygody zaprawiono pewną dozą humoru. W latach 70. Batman powrócił do strefy mroku, ale to nie zahamowało powolnego spadku popularności postaci. Z pomocą pospieszył Frank Miller, który zaproponował postać nie tylko mroczną, ale i o rozdwojonej jaźni. To właśnie po takiego Batmana sięgnął Tim Burton, od którego filmu (1989) rozpoczął się prawdziwy renesans popularności postaci.

Oczywiście, nie była to pierwsza ekranizacja komiksu Kane’a: swą karierę filmową Batman rozpoczął od kinowego serialu (9 odcinków po 15 min.) z 1943 roku, w którym walczył z koalicją japońskich szpiegów. Potem był serial z roku 1949, serial telewizyjny z 1964 z Adamem Westem, najbardziej znanym odtwórcą Batmana sprzed 1989 roku, i jego wersja kinowa (1966). Po sukcesie filmu Burtona powstały dwie serie przygód Batmana, jedna w latach 1989-1998: cztery filmy Tima Burtona i Joela Schumachera z różnymi wykonawcami głównych ról, druga – z lat 2005-2012 Christophera Nolana z Christianem Bale’em. Jednocześnie znacząco wzrosła ilość filmów i seriali animowanych: w samym 2015 roku ma powstać 40 tytułów z udziałem Batmana.

Wkroczenie w uniwersum Franka Millera pozwoliło Timowi Burtonowi na  odejście od właściwej klasycznemu komiksowi infantylizacji bohatera. Mroczny świat Gotham City w sposób jawny stawał się Nowym Jorkiem sprzed reform Rudy’ego Giulianiego – walczącego z korupcją prokuratora, który w 1993 roku zostanie burmistrzem miasta. W końcu sam Batman jest nie tyle superbohaterem, spieszącym z pomocą i zjawiającym się niby westernowa kawaleria, by w ostatniej chwili przeważyć szalę zwycięstwa Dobra nad Złem, ile skomplikowaną osobowością neurotyczną, wymagającą solidnej terapii. Dlatego w filmie jego przeciwnikiem jest Joker – jawny psychopata, trzęsący miejskim półświatkiem.

Starcie Batmana (nadzwyczaj stonowany Michael Keaton) z Jokerem (w brawurowej kreacji Jacka Nicholsona) rozgrywa się na kilku płaszczyznach. Jedną z nich jest spór o kobietę – fotoreporterkę Vicky Vale, która poluje na zdjęcie Batmana w akcji. Inna płaszczyzna to konflikt między kulturą i naturą – widziany, jak zresztą cały film, z perspektywy postmodernistycznej. Tim Burton nie ogranicza się wyłącznie do sięgnięcia po znajome postacie i wypróbowane elementy komiksowej fabuły, by poszukać innych (nowych?) znaczeń. Reżyser śmiało operuje kiczem, a w jednej z najbardziej sugestywnych scen każe ochroniarzom Jokera dewastować ikoniczne obrazy dawnych i nowych mistrzów.

Pojedynek Jokera z Batmanem polega przede wszystkim na prowokacji – jeśli Joker skłoni powściągliwego Batmana do przekroczenia narzuconych konwenansem granic, zwycięży, nawet jeśli będzie musiał za to zwycięstwo zapłacić najwyższą cenę. Dodatkowym elementem rozgrywki jest obecność widowni – tej w sali kinowej i tej na ekranie: to ona wskaże zwycięzcę, a Joker –mimo całego ciążącego na nim odium zła – nie jest wcale na pozycji przegranej. Nawet jeśli celem wspaniałej parady, jaką zorganizował, jest unicestwienie całego Gotham City.

„Batman” Tima Burtona mówi wiele o kierunku, w jakim pod koniec XX wieku zaczęło zmierzać kino popularne – o zużyciu archetypów kultury masowej, o kryzysie wartości, o potrzebie ludyzmu w czasach przyspieszenia tempa życia. A także o tym, że jaskrawy bohomaz rzucony na dzieło mistrza nadaje mu nową – choćby pozorną – wartość.

Tim Burton (1958) – reżyser, scenarzysta i producent amerykański. Zaczynał jako animator w studiu Disneya, ale szefowie nie zaakceptowali jego turpistycznych prób w rodzaju „Vincent” (1982) i „Frankenweenie”  (1985). Na dużym ekranie zadebiutował w 1985, rozgłos przyniósł mu „Sok z żuka” (1988). Następne filmy: „Batman” (1989), „Edward Nożycoręki” (1990), „Powrót Batmana” (1992), „Ed Wood” (1994), „Jeździec bez głowy” (1999), „Duża ryba” (2003), „Sweeney Todd: demoniczny golibroda z Fleet Street” (2007), „Alicja w krainie czarów” (2010).

Konrad J. Zarębski
Pulp Fiction (1994)
Pulp Fiction, USA, 154 min
reżyseria: Quentin Tarantino
obsada: John Travolta, Uma Thurman, Samuel L. Jackson, Bruce Willis
To, co na pierwszy rzut oka wydaje się połączeniem kilku strzępów niedokończonych scenariuszy, w istocie jest penetracją najtrwalszych wartości kina amerykańskiego.

23 maja 1994 roku miał być polskim dniem na festiwalu w Cannes. Już po pierwszym pokazie film „Trzy kolory: Czerwony” Krzysztofa Kieślowskiego uważany był za jednego z głównych faworytów Konkursu Głównego. A jednak przewodniczący jury, Clint Eastwood, zadecydował – ponoć autokratycznie – zadecydował inaczej. Złota Palma powędrowała w ręce Quentina Tarantino – za „Pulp Fiction”. „To był mój najważniejszy dzień w życiu! – przyznaje reżyser. – Byłby jeszcze lepszy, gdyby nie było mi żal Kieślowskiego”.

„Trzy kolory” przywróciły rangę kina intelektualnego, a ich niosąca nadzieję metafizyka okazała się mocnym przeciwstawieniem dla charakterystycznych dla końca stulecia (i tysiąclecia) nastrojów dekadenckich. Złota Palma dla „Czerwonego” byłaby nie tylko ukoronowaniem trylogii i potwierdzeniem nowej jakości kina europejskiego. Canneński sukces „Pulp Fiction” był zaskoczeniem – Clint Eastwood miał dokonać obrony kina amerykańskiego przed nowymi trendami nadciągającymi z Europy. Opowiedział się za postmodernistycznym żonglowaniem formą, zamiast docenić intelektualną propozycję zadumy nad kondycją współczesnego człowieka, stającego wobec wyzwań nadciągającego nowego stulecia.

Wybór Eastwooda nie został więc przyjęty z entuzjazmem, nawet wśród krytyków amerykańskich: „‘Pulp Fiction’ to komedia pełna krwi, flaków, osobliwego seksu, prochów, ustawionych walk, trupów i dziwnych typów, zachęcająca do mrocznej podróży przez pokolenia – pisał z Cannes Roger Ebert, guru amerykańskiej krytyki. – Oglądając ją na festiwalu czułem, że będzie to zarazem jeden z najlepszych filmów sezonu, jak i zarazem jeden z najgorszych. Talent Tarantino nie podlega wątpliwościom: ten facet nie nakręci nudnego filmu, choć zdarzą mu się filmy złe. Podobnie jak Ed Wood, ogłoszony najgorszym reżyserem wszech czasów, kocha każde ujęcie, jest po prostu zarażony kinem, każdym elementem aktu twórczego. ‘Pulp Fiction’ jest jak odświeżacz powietrza: jego reżyser dał się zamknąć w sklepie z zabawkami, by bawić się do woli całą noc”. Kilka lat później Ebert przyzna, że „Pulp Fiction” okazało się najbardziej inspirującym filmem dekady.

Zdaniem amerykańskiej krytyki – krytyka europejska pod tym względem jest bardziej powściągliwa – bez „Pulp Fiction” historia kina potoczyłaby się inaczej. Tarantino, który uczył się kina, oglądając filmy na wideo w wypożyczalni, gdzie pracował, potrafił doskonale połączyć wątki i motywy klasycznych filmów w jedną, ożywczą całość. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się połączeniem kilku strzępów niedokończonych scenariuszy, w istocie jest penetracją najtrwalszych wartości kina amerykańskiego. I tak, na przykład, wszechobecna w „Pulp Fiction” przemoc wydaje się jedynie kwintesencją tego, co pokazano w takich filmach jak „Psychoza” Hitchcocka, „Bonnie i Clyde” Penna czy „Mechaniczna pomarańcza” Kubricka. To z jednej strony naśladownictwo, z drugiej zaś próba poprawienia starych filmów – filmów a nie życia. Tarantino odkrywa bowiem starą prawdę o widzu kinowym: udaje się na seans w poszukiwaniu prawdy o życiu, jakie jest w rzeczywistości, i wychodzi z kina przekonany, że tę prawdę poznał. Tymczasem jego wyobrażenie o życiu jest w swej istocie wizją narzuconą przez kino. Skonsolidowanie wątków, którymi można by obdzielić kilka filmów, w jedną całość powinno – zdaniem Tarantino – uświadomić, że mimo wszystkich paradoksów, z jakimi mamy do czynienia na co dzień, kino nie jest życiem, a jedynie emocjonującym widowiskiem, tworzonym przede wszystkim dla samego widowiska. Jeżeli widz dostrzeże ten dystans, sztuka kręcenia filmów odzyska swój sens.

Dlatego parafrazując Hitchcocka  można powiedzieć, że „Pulp Fiction” to film, z którego wycięto wszystko poza scenami kulminacji. O jego wartości decyduje przede wszystkim świetnie napisany scenariusz, łączący różne motywy kina sensacyjnego i filmu noir. Akcja rozgrywa się na początku lat 90., ale nie przeszkadza to twórcy wracać do wątków znanych z kina wcześniejszych epok, choćby ustawiania walk bokserskich, motywu charakterystycznego dla kina gangsterskiego lat 30. czy dramatu sportowego z lat 50. Poszczególne sceny są tak zbudowane, by filmowi erudyci odkryli liczne nawiązania do kultowych tytułów lub zapadających w pamięć scen z popularnych filmów, przy czym poziom erudycji samego Tarantino jest imponujący. Intrygującym spoiwem poszczególnych sekwencji są błyskotliwe, pełne humoru, ale i zgryźliwej ironii dialogi. Całości dopełnia montaż, wykorzystujący świadome zachwianie nielinearnej struktury narracyjnej i ścieżka dźwiękowa, złożona z kilkunastu piosenek, często komentujących akcję. No i aktorzy, po części gwiazdy, po części starannie dobrani w castingu wykonawcy, obsadzeni zgodnie z gatunkowym stereotypem, choć czasem wbrew swemu empoi.

Jeśli uznać, że film noir jest – zgodnie z historyczną tradycją – postrzegany jako zwierciadło rzeczywistości lub choćby społecznych nastrojów, a z kolei widz szuka w filmowych bohaterach prawdy o sobie, zbudowana przez Tarantino historia i jej bohaterowie stają się odbiciem prawdy o człowieku – konsumencie amerykańskiej kultury masowej, owej tytułowej „pulp fiction” - od komiksów po literaturę wagonową.

Quentin Tarantino (1953) – reżyser, scenarzysta, producent amerykański, także aktor. Genialny samouk, kina uczył się pracując w wypożyczalni wideo. Zadebiutował filmem „Wściekłe psy” (2002), sławę i uznanie przyniosło mu postmodernistyczne „Pulp Fiction” (1994, Złota Palma w Cannes i Oscar za scenariusz). Kolejne filmy zdają się „poprawiać” tradycyjne gatunki kina popularnego: filmy karate („Kill Bill”, 2003-04), wojenne („Bękarty wojny”, 2009) czy western („Django”, 2012).

Konrad J. Zarębski
Rok 1
/  Semestr 1
Rok 1
/  Semestr 2
Rok 2
/  Semestr 3
Rok 2
/  Semestr 4
Rok 3
/  Semestr 5
Rok 3
/  Semestr 6
Rok 4
/  Semestr 7
Rok 4 / Semestr 8